Opublikowano 1 komentarz

„Alina, Alle Tanio!” – Female Masturbation Devices Vibration Balls

Taka jest marketingowa nazwa fantastycznego narzędzia rozkoszy, którą znalazłem na opakowaniu. Albo „Hot”. Albo „Enjoy Yourself”. Ponieważ po angielsku znam tylko parę słów, głównie niecenzuralnych, nie wiem, która jest właściwa. Sprzedawcy na aukcjach mieli chyba podobny problem, ale podeszli do sprawy profesjonalnie. Podrzucili gadżet tłumaczom tytułów amerykańskich filmów na nasze i wyszło im: „Wibrator posuwisto-rotacyjny góra / dół z wypustką masująco-wibrującą 36 funkcji mega orgazmy oooch, aaaach”. Nazwa zgrabna, wpadająca w ucho, chwytliwa i „wszystkomówiąca”. Już widzę te rozmowy koleżanek przy winku:

— A wiecie? Mój Tadeusz kupił mi nową zabawkę!
— A jaką?
— Wibrator posuwisto-rotacyjny (…) aaaach.

Dziewczyny mdleją z rozkoszy i zazdrości. Dumna właścicielka chciała zabłysnąć w towarzystwie i jej się to udało. Ale za nic koleżankom nie powie, gdzie on kupił to cudo i nie opisze jak działa. Dlaczego? Sprawdźmy.

Unboxing

Przesyłka dotarła całkiem szybko, sprawnie i dyskretnie. Ot, foliowy worek, więc nikt się nie domyśli, że zamówiłem… Wibrator!!! Choć szczęśliwa rodzina na wyświetlaczu Paczkomatu przez ułamek sekundy patrzyła dziwnie, jakby z wyrzutem. Oni chyba wiedzą… No nic, następnym razem wybiorę inny. Na wszelki wypadek wsadziłem worek do reklamówki z biedry, że niby Słodziaki niosę i pomknąłem do domu zmieniając 3 razy środki lokomocji.

Po otwarciu worka nastąpiło miłe zaskoczenie. Będzie unbox, bo… Jest jakikolwiek box. Spodziewałem się po prostu gadżetu w przezroczystym worku lub zawiniętego w folię śniadaniową, a tu taka niespodzianka! Pudełko nie jest krzykliwie różowym kartonem ze zdjęciem niewiasty prezentującej użycie gadżetu z detalami. Po prostu – ładne, czarne pudełko, popisane ze wszystkich stron, plus zdjęcie ładnej, ubranej w koszulkę, zamyślonej… Azjatki. No tak, kraj pochodzenia jest oczywisty, więc kto miał być, Hucuł? Niemniej zaintrygował mnie opis (pisownia oryginalna):

The product Dimensions boby feature based on Asian design, tailored specifically for Asian women.

Już wiecie, że ja inglisz ni w ząb, ale od czego wujek translator? Wyszło mi tak: Produkt Wymiary korpusu oparty na azjatyckim designie, specjalnie zaprojektowany dla azjatyckiej kobiety. Kurła, a jak ktoś ma polską kobietę? Te Azjatki może inaczej zbudowane, to Polce może ten dizajn zupełnie nie podejść i będzie lipa. Ale w sumie – w chińskich podkoszulkach i dżinsach chodzą, to i wibrator powinien pasować.

Czas otworzyć puszkę Pandory. W środku gadżet zawinięty w… Folię śniadaniową!!! Na chłopaków z dalekiego wschodu zawsze można liczyć. Nie pokaleczysz sobie palców blistrem czy inną foremką, a jutro będzie w co kanapki zawinąć. Eeeech, ta dalekowschodnia praktyczność. Poszukałem jeszcze w pudełku instrukcji obsługi ale nie znalazłem. Widocznie ten model jest tak intuicyjny w obsłudze jak biletomat na Centralnym, więc nie ma się co martwić. Damy radę! Trudno też doszukać się gdziekolwiek oznaczeń w stylu „CE”, atestów czy certyfikatów. Ale to w końcu wibrator, a nie wkładka domaciczna czy gryzak dla Pimpusia, więc luz. Po co komu takie pierdoły?

Pierwsze wrażenie

Pierwsze wrażenie jest takie, że zostałem zrobiony w chuja trąbę przez sprzedawcę na aukcji! Na zdjęciu był model z innym panelem sterującym niż ja trzymam w ręce. Szybki sprawdzian w necie i okazuje się, że wibrator, który dostałem, ma 36 funkcji, a ten ze zdjęcia mógłby mieć 52!!! Na innej aukcji tak napisali. No kurła, jestem 16 trybów w plecy! I kto mi za to zwróci? Samego panelu nie wymienię, to nie odtwarzacz CD z 20-letniej beemy. Odesłać mogę, ale tu był plan na wieczór, akcje i atrakcje. Poza tym odesłanie będzie kosztowało tyle, co połowa kasy, którą za niego zapłaciłem. I jeszcze ten kolor. Zamawiałem fioletowy, przysłali róż majtkowy. No trudno, muszę przeboleć. Ale zemszczę się. Dam im jedną gwiazdkę.

A jak wygląda sam gadżet? Znowu wrażenie pozytywne bo nie śmierdzi. Ani nie pachnie. To chyba dobrze. Gdzieś czytałem o promilach i ftalanach, co to mogą wywołać katar i opryszczkę. Więc jest nieźle. Cały gadżet jest duży, ma prawie 25 cm długości, średnica europejska, czyli około 4 cm. Oczywiście nie licząc tego wystającego czegoś. Wygląda jak larwa z czułkami przyklejona do człona (kształt wibratora jest naturalny). Od razu pomyślałem o pusi, robalach i moim penisie. Jakoś niesmacznie mi się zrobiło. No ale przecież to wszystko sztuczne, a sprzedawca zachwalał, że

Wibrator dzięki umieszczonej z boku pszczółce wypieści również całe Twoje kroczę począwszy od łechtaczki skończywszy na wargach sromowych.

No to musi być dobre.

Generalnie cały gadżet jest pokryty jakimiś wypustkami, prążkami i czółkami. Wykonanymi z miękkiego żelu, który trochę się klei do rąk. I nie tylko. Po kilku minutach pozbierał cały kurz z otoczenia. Pomyślałem, że jak się nie sprawdzi w łóżku, będę miał czym czyścić klawiaturę w laptopie. Do tego jest przezroczysty, więc od połowy widać ten jego magiczny mechanizm z dziwnymi kulkami i prętem w środku. Ale co to ustrojstwo tak naprawdę robi? Zanim pokażę Alinie, sam muszę sprawdzić.

Technikalia i higiena

Po odkręceniu dolnej pokrywki wypadła mi na rękę foremka do której wkłada się 4 cienkie baterie paluszki (AAA). Sprężynki, które łączą ja z resztą gadżetu były trochę powykrzywiane, ale od czego mam kombinerki. Jak taką zabawkę kupi kobieta, wystarczy chwilę poszperać w torebce. Pęsetą też odegnie, żeby działało. Zakręciłem dokładnie i popatrzyłem na panel, który wygląda jak od mini miksera, ale takiego, co robi znacznie więcej. Po dwa przyciski góra / dół, osobno do wibracji i obrotów. Do tego jeden do zmiany kierunku rotacji. Ale dlaczego „R/S”? Right/Sleft? Widać Chińczycy też nie znają angielskiego. No i jeszcze po 6 lampek z każdej strony, żeby było wiadomo który tryb teraz działa. O tym za moment.

Nie mam instrukcji, więc działam na czuja. Z resztą jestem facetem, więc instrukcji i tak bym nie przeczytał. Najpierw wcisłem to „R/S” bo umieszczone centralnie, więc liczyłem, że od tego wibrator się włączy. Nic z tego. Dobra, wciskam następne. Przyciski „w górę” zaskoczyły od razu. Lampki się zapaliły, a cały gadżet zaczął się poruszać i buczeć. Zaczęły się kręcić te metalowe kulki na żołędziu (żołędzi?), a larwa zaczęła żyć swoim życiem, machając czółkami jak… Cholera, w przyrodzie z niczym takim się nie spotkałem.

Różowy sprawca rozkoszy ma w sobie dwa silniczki. Jeden kręci kulkami i robi ruch posuwisto-rotacyjny końcówką. Opcji jest 6, choć akurat ja nie zauważyłem różnicy między 1 a 6. Działa tak samo. Widać jak metalowy pręt obraca się w środku gadżetu i porusza końcówką. Dla mnie little creepy. Oczywiście nie wiruje tak szybko jak wiertarka z Lidla, ale myśląc, gdzie go będę wkładał… No sami rozumiecie. Larwa jest niezależna, ma w sobie wibrujący wkład i te 30 różnych trybów robienia dobrze. Różnią się intensywnością i częstotliwością, ale kto by to spamiętał? Stąd te 36 funkcji, które zachwalają w reklamach. Ja bym poszedł dalej i promował to cudo jak kiedyś rowery górskie. 6 x 30, czyli 180 „funkcji”!!! Właściwie 181, bo za funkcję możemy policzyć tryb „nie działa”. Powinienem się wziąć za marketing.

Zastanawiam się też przy tej ilości wariantów, na co komu te diody sygnalizujące pracę? Te po lewej bez sensu. Wszystkie 6 trybów działa tak samo. wystarczyłaby jedna. Te po prawej – na jedną lampkę (jest 6) przypada 5 różnych wibracji. Przyciski działają sekwencyjnie. No, to ma sens.

– Kochanie, rozchyl szerzej, sprawdzę, czy jest tryb 4 na 23.
– Ale ja teraz chcę 2 na 17.
– Poczekaj, zaraz… 30 dzielone na 5, 18 to będzie gdzieś w okolicach 3 diody…

Przed ostatecznym testem postanowiłem sprawdzić, czy nowy nabytek wytrzyma próbę wody. Choćby dlatego, że podczas wstępnych oględzin cały gadżet obrósł paprochami, więc wypadało go odświeżyć. Sprzedawca pisze na aukcji, że jest w pełni wodoodporny, więc czemu nie. I tu kolejna niespodzianka – WMDWB bez problemu zniósł mycie pod bieżącą wodą. Nie zaszkodziło mu nawet mydło antybakteryjne. Co prawda pod strumieniem gorącej wody żel zrobił się znacznie bardziej plastyczny niż normalnie, ale dał radę. Pomogła mu obudowa z plastiku ABS, na której się wszystko trzyma. Larwa się nie oderwała od „gałęzi” i nie odleciała.

Realne doznania

Hmmm… oczywiście nie ja miałem je opisywać. Miała być relacja z ochów, achów, kosmicznych orgazmów i chodzenia po ścianach jak w egzorcyście. Ja miałem trzymać w dłoni narzędzie rozkoszy, a Moja Piękna zwijać się w spazmach, sięgać gwiazd i błagać o jeszcze. Nadszedł wieczór. Kolacja, świece, nastrój. Wyjąłem mój nowy nabytek. Alina spojrzała na „pełzającego” żołądzia (żołędzia? żółądź?). Na drgającą larwę. Wybuchnęła śmiechem, założyła szlafrok i poszła oglądać Na dobre i na złe.

Prawie poważne podsumowanie

Opisana sytuacja miała miejsce prawie naprawdę. Możemy odwrócić role, założyć wersję solo. Niemniej tak właśnie wyglądają akcesoria kupione „okazyjnie”. Złożyliśmy zamówienie, które przyszło. Gadżet mieliśmy w rękach, obejrzeliśmy, uruchomiliśmy i… To właściwie wszystko. Nikt z nas nie odważyłby się użyć go zgodnie z przeznaczeniem. Śmiechem na widok gadżetu wybuchnęła moja żona, żona kolegi i koleżanka robiąca gadżetowi „sesję zdjęciową”. Aczkolwiek wszystkim Paniom bardzo podobały się wibrujące „czułki”.

Ten gadżet kosztował 23,99 zł plus koszty przesyłki. Znaleźliśmy go wpisując w wyszukiwarkę popularnego portalu aukcyjnego frazę „wibrator”. Wyskoczył na pierwszej stronie. Znaleźliśmy tą samą zabawkę w kilkudziesięciu innych ogłoszeniach. Rozpiętość cen od 24 do nawet 75 złotych. Ten sam produkt. A kupiło go na przestrzeni ostatnich miesięcy ok. 500 osób (oficjalne dane podane przy aukcjach). I to wartość zapewne zaniżona, bo nie przekopaliśmy wszystkiego. Wnioski wyciągnijcie sami.

Na koniec propozycja. Akcesoria erotyczne to nie T-shirt, majtki czy skarpetki. Nie trzeba kupować często, nie zużywają się szybko, a tym bardziej nie tracą zainteresowania, gdy przeminie moda. Po prostu są i cieszą. Pod warunkiem, że są dobrej jakości. A czy na dobry, erotyczny gadżet trzeba wydać miliony monet? Nie. Poniżej przedstawiamy wam alternatywę, która będzie kosztowała mniej więcej tyle, co dwa markowe T-shirty i para majek, ale będzie bezpieczna, trwała i zapewni wam mnóstwo frajdy. Bez rozczarowań. I czułków.

1 komentarz do: “„Alina, Alle Tanio!” – Female Masturbation Devices Vibration Balls

  1. Recenzja dość słaba, parę lat temu kupiłam model podobny do waszego ,,Bfilled Deluxe Slate B Swish” i byłam rozczarowana, a tego skrytykowanego przez was króliczka uwielbiam i na pewno większe ochy i achy, a pieniądze znacznie mniejsze, tym bardziej, że staram się co pół roku ze względów higienicznych wymieniać wibrującego przyjaciela to wolę wydać 30 zł na coś to rzeczywiście działa, niż prawie 200 zł na wymieniony u góry produkt:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.